piątek, 17 września 2021

12 - Gdzie ona parkuje swojego Chargera

 

Rozdział 12

Gdzie ona parkuje swojego Chargera

Ty

 

 

„Mówię ci, bracie, jest gorąco.”

Walker stał w szatni swojej siłowni, z boku drzwi, żeby zobaczyć, gdyby ktoś szedł. Dewey był ukryty za szafkami. W najlepszym razie nie byłby widziany z Deweyem, byli blisko, lub tak blisko, jak ktokolwiek mógł być z Deweyem, ale rodzaj smrodu, który Dewey produkował, miał tendencję do sprawiania, że każdy śmierdział. Ale biorąc pod uwagę, że obaj byli byłymi więźniami, zdecydowanie nie powinien być widziany z Deweyem.

Ale musiał spotkać się z Deweyem, a Dewey zaledwie dwie minuty temu wepchnął się przez okno, więc był z Deweyem, chociaż w tej chwili nie chciał być, ponieważ dwie sekundy po tym, jak wepchnął się przez okno, zaczął wymyślać swoje gówniane wymówki.

„Nie słyszałem nic od ciebie od tygodni, Dew, żadnych SMS-ów zwrotnych, telefonów zwrotnych, a teraz twoja komórka mówi, że jest odłączona. Nie lubię tego gówna. Nie lubię w końcu słyszeć ciebie tylko po to, byś wypluwał gówno. I nie lubię dawać ci dwadzieścia pięć tysięcy za sześć tygodni niczego” - powiedział mu Walker.

„Musiałem porzucić ten telefon, Ty.”

Jezu. Nic się nie zmieniło. Dewey zmieniał telefony, tak jak zmieniał bieliznę.

„Dlaczego?” - zapytał Walker.

„Czytają i słyszą. Wiem to.”

Kurwa. To było to. Powód, dla którego Dewey zmieniał telefony, jak bieliznę - paranoja. Brat uważał, że gliniarze mają nadludzkie moce.

To dlatego, że został złapany, zamknięty i nie był na tyle sprytny, by przyznać, że został złapany i skazany, bo był głupim skurwielem, a nie dlatego, że gliniarze mieli nadludzkie moce.

Dewey kontynuował - „Ty wiesz i ja wiem, że oni wiedzą, że czegoś chcesz, więc przyjdziesz do mnie, a ja to dla ciebie zdobędę. Wiedzą, że jesteśmy blisko. Śledzili mnie. Musiałem się schować.”

Z słabnącą cierpliwością Walker przypomniał mu - „Jak wyjaśniłem, Dew, nie robisz gówna. Łączysz się z braćmi, którzy to zrobią.”

„Oni widzą również to gówno”.

„Pieprzenie” - wycedził Walker - „Jak zechcesz, jesteś pierdolonym cieniem i żadne z twoich połączeń nie żyje w świetle.”

Dewey zacisnął usta, ponieważ Walker nie kłamał i wiedział o tym.

Walker zrobił krok w jego stronę, nie tak daleko, żeby nie widzieć drzwi, ale wystarczająco, by pokazać o co mu chodzi - „Potrzebuję brudu” - powiedział cicho - „A na tych facetach jest tak dużo brudu, że powinienem już być w tym po szyję. To nie było trudne zadanie. To powinno zająć ci pieprzony tydzień, a nie sześć.”

„Nie są dokładnie na widoku ze swoim gównem” - odpowiedział Dewey.

„A twoje koneksje nie zdobędą tytułu obywatela roku.” - odpalił Walker.

Dewey wpatrywał się w niego.

Potem powiedział cicho - „Ty, naprawdę tak chcesz iść? Jak naciskasz, oni odpychają.”

Co do cholery?

„Odbyliśmy tę rozmowę, Dew.”

„Ale …”

„Nie lubię się powtarzać.”

„Ty…” - zrobił krok do przodu - „…myślałem o tym trochę, nie sądzę, że to jest dobre, nie myślałem wtedy, nie myślę teraz.”

„Dobrze, to oddaj mi moje dwadzieścia pięć koła, a znajdę kogoś, kto nie ma pieprzonego zdania.”

Dewey cofnął się o dwa kroki i Walker spojrzał mu w oczy.

Potem szepnął - „Racja.”

Skurwiel nie miał pieniędzy. W sześć tygodni wydał dwadzieścia pięć tysięcy. Walker w połowie tego oczekiwał. Musiał podjąć ryzyko, bo Dewey mieszkał z brzuchem przy ziemi i był powiązany z każdym odtąd do Denver, kto mieszkał tak samo. Walker nie mógł potrząsnąć szukać i nawiązać tych połączeń; potrzebował mężczyzny, który zrobiłby to za niego. To był Dewey.

Jego przyjaciel go wypieprzył, co nie było niespodzianką, ale to nie znaczyło, że nie był rozczarowany.

„Usiadłeś do gry” - domyślił się.

Dewey ponownie zacisnął usta.

Walker potrząsnął głową, po czym powiedział - „Jesteś mi winien dwadzieścia pięć K, Dew. Obijałeś mnie przez sześć tygodni; masz połowę czasu, żeby to odzyskać. Jak nie, znajdę cię.”

„Ty…”

„Nie popełnij błędu, znajdę cię.”

Dewey skinął głową i nie powiedział ani słowa. Wiedział, że Walker go znajdzie. Wiedział, że, czy byli blisko, czy nie, co zrobiłby Walker, kiedy by to zrobił. Wiedział też, że powinien tego unikać. Więc Dewey gdzieś w ciągu następnych trzech tygodni wypieprzy innego pieprzonego idiotę, aby uzyskać zapłatę Walkera. Błędne koło życia głupiego człowieka uzależnionego od pieprzonych kart.

„Nie przyszedłem z niczym, Ty. Mam coś dla ciebie” - zaproponował Dewey.

„Tak? Co to jest?”

„Twój ogon zniknął. Źli chłopcy z Carnal PD są przekonani, że jak przez pięć lat nie oddychałeś wolno, z gorącą pizdą, którą masz w domu, nie zrobisz nic…”

Nie dokończył, ponieważ jego ciało było skręcone, wciśnięte w szafki, stopy dziesięć centymetrów nad ziemią i miał wielką dłoń Ty Walkera owiniętą ciasno wokół jego gardła, a twarz dwa centymetry dalej.

„Nie nazywaj mojej żony gorącą pizdą” - warknął w twarz przyjaciela, a Dewey natychmiast skinął głową najlepiej jak potrafił, z palcami Ty zaciśniętymi wokół jego gardła, odcinającymi mu oddech.

Ty rzucił go i cofnął się.

Potem, wiedząc, że jego punkt widzenia został sformułowany w sposób, w jaki nawet Dewey to rozumiał, ruszył dalej - „Mam oczy. Wiem, że zgubiłem ogon.”

I wiedział. Trzy tygodnie temu. Zaraz po tym, jak Keaton obejrzał od stóp do głów talent, który Walker miał w swoim łóżku, a chłopcy przydzieleni do ogona i przejeżdżania koło domu obejrzeli donice i meble na tarasie. Wszędzie mieli oczy i uszy. Walker i Lexie w Kogucie, włoskim lokalu w mieście, salonie Toyoty. Bez wątpienia sprawdzili Lexie i, bez względu na jej związek z Rodriguezem, ich życie nigdy się nie pomieszało, a nie mogli się przyczepić do mandatów za przekroczenie prędkości i parkowanie. Była czysta.

Otrzymana wiadomość była taka, że Ty Walker był zastraszony, szedł dalej, miał opuszczoną głowę i był czysty, nie zamierzał pieprzyć swojej przyszłości, zwłaszcza że ta przyszłość obejmowała Lexie i nie miał wątpliwości, że wszyscy spoglądali na Lexie.

To nie była gra, to było prawdziwe. Ale widząc wyniki, to była gra, o której powinien był pomyśleć, ale gdyby to zrobił, nie poszedłby na to, myśląc, że nie będą tak głupi.

Z drugiej strony zapomniał, że byli pół-idiotami.

A poza tym nie miał pojęcia, że wyjdzie do cudu, jakim była Lexie.

„Mówię tylko..” - mówił dalej Dewey - „…krążą plotki po posterunku, są przekonani, że idziesz dalej. Zostawiają cię.”

Ta wiadomość była dobra, ale Walker nie odpowiedział.

Dewey ciągnął dalej - „Ty, zostawiają cię, a potem możesz po prostu… być. Nie widziałem jej, ale słyszałem, że jest kimś. Masz to, dostałeś pracę, odzyskałeś swoje życie. Został ci tylko rok wyroku, rok musisz żyć na zwolnieniu warunkowym. Ponad miesiąc, a to już minęło. Może znaki mówią, że powinieneś po prostu być.”

„Odbyłeś swoje?” - Walker zadał pytanie, na które znał odpowiedź.

„Tak” - Dewey udzielił mu odpowiedzi, którą znał.

„Fajnie było?” - zapytał Walker.

„Ty…”

„Zasłużyłeś na swoje i to nie było zabawne, Dew. Nie zarobiłem swojego. Nie stój tam, kurwa, i nie doradzaj mi, jak po prostu być.”

Jego przyjaciel przyjrzał mu się, a potem cicho powtórzył - „Ty, jak będziesz naciskał, oni odepchną.”

„Nie będą mogli odepchnąć, jeśli będą sparaliżowani.”

„Jak myślisz, że tuzin mężczyzn w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie wpadło na ten sam pomysł, a połowa z nich to bracia, mylisz się. Wszyscy zostali zmiażdżeni.”

„Żaden z nich nie był tak zmotywowany jak ja.”

To była prawda. Wiedział. Wiedział, że wielu motocyklistów lub czarnoskórych mężczyzn z Carnal i okolic przejęło ciosy od Arniego Fullera i policji Carnal.

Wiedział, że próbowali odpowiedzieć. Wiedział, że zawiedli.

Wiedział też, że nie byli nim.

Żaden z nich nie został zniszczony tak mocno.

Dewey przyjrzał mu się ponownie, po czym powiedział, wciąż mówiąc cicho - „Będę miał otwarte uszy i oczy. Przekażę ci wszystko, co musisz wiedzieć.” - przerwał i zaproponował - „Gratis”.

„Nie chrzanisz?” - zapytał Walker, a Dewey, będąc Deweyem, uśmiechnął się.

Walker nie odwzajemnił uśmiechu.

Zamiast tego przypomniał mu - „Trzy tygodnie od dzisiaj, Dew.”

Uśmiech Deweya zbladł, skinął głową, po czym odpowiedział - „Trzy tygodnie.”

Walker odwrócił się i poszedł do swojej torby treningowej. Dewey zniknął za oknem. Lato, dni były długie, był wczesny wieczór, wciąż jasno. Mimo to nikt nie zobaczy Deweya. Mógł być cieniem stojąc na środku pola w południe. Z takim talentem pod ręką, to, że został schwytany, czyniło go jeszcze głupszym.

Walker pochylił się i złapał swoją torbę, wychodząc z szatni do sali gimnastycznej. W chwili, gdy tam wszedł, zrobił skan. To było automatyczne. Zarejestrował tam wszystkich, wiedział, kto przyszedł, odkąd poszedł do szatni, kto zmienił stacje lub maszyny, był na ringach lub poza nimi. Przez lata z powodzeniem grając w pokera, nauczył się zauważać przesunięcie oczu, drgnięcie palca, sposób, w jaki mężczyzna poruszał kartami w dłoni lub co to oznaczało, gdy nie zastanawiał się, czy ostatecznie się odwrócić. To dobrze mu służyło w środku i spędził pięć lat szlifując tę umiejętność, mimikę twarzy, ułożenie ramion, zaciskanie pięści, chód mężczyzny, jego pozycję w pokoju, czy na podwórku. Każdy zesłany z połową mózgu wykorzystywał swój czas na doskonalenie tej umiejętności lub nie przetrwał długo. Widząc, że Walker był już wyćwiczony, mógł odczytać człowieka i ocenić pokój na pierwszy rzut oka.

Druga natura.

To pozwoliło mu odłożyć na bok spotkanie i ochłodzić frustracje.

Miał inne kontakty, ale biorąc pod uwagę, że jego pierwszym wyborem był Dewey, nie był chętny, by połączyć się ze swoim drugim wyborem. Innym wyborem było - bez ogona - zacząć kopać samemu. Ryzykowne i czasochłonne - czas, który musiałby odebrać Lexie, coś, czego nie chciał robić. Podwyższenie ryzyka, które mogłoby go odciągnąć od Lexie, coś, czego naprawdę nie chciał robić.

Myślenie o Lexie sprawiło, że jego chód przyspieszył. Trening skończony. Będące bólem w dupie spotkanie z Deweyem skończone.

Czas wracać do domu.

Domu bez Elli, Bessie i Honey.

Ostatnie dwa tygodnie były szalone. Kiedy powiedział Tate’owi, że Lexie będzie chciała je wszystkie upakować, nie pomylił się. Ale nie była jedyną, która tego chciała - wszystkie cztery z tych kobiet nie chciały zmarnować ani jednej sekundy.

Więc nie zrobiły tego.

To było dobre, oznaczało to, że mógł uniknąć spotkania z Tate’m. Spotkanie, podczas którego Tate próbowałby zmierzyć puls Walkera, kopać i sprawdzać, czy Walker coś knuje. Następnie włożyć zmarnowany wysiłek, aby spróbować mu to wyperswadować.

Potem wkurzać się, gdy jego wysiłek został zmarnowany.

Walker nie potrzebował tego gówna. Tate też nie. Był winien mężczyźnie swój czas i da mu go, a następnie spróbuje tak poprowadzić spotkanie, aby uczucia nie zmieniły się.

Ale nie mógł powiedzieć, że nie był cholernie zadowolony, że miał prawdziwe wymówki, by zwlekać.

Obejmowały one Ellę, która częstowała ich „słynnym teksańskim chili”, gównem tak ostrym, że Walker nie mógł skosztować mięsa ani fasoli, tylko gorąco. To rozpoczęło konkurs prześcigania się każdej z tych sióstr, coś, przed czym mógł je uratować, bo nie cieszył się smakołykiem Elli, ale nie mógł tego powiedzieć, tak bardzo dokładnie, jak chciał, więc nie powiedział.

Oferta Honey była gorsza. Na szczęście suka była niewyraźna, więc Lexie i Ella mogły odwrócić jej uwagę, podczas gdy Bessie konfiskowała talerze i wyrzucała do śmieci ogromne porcje tego, co to, do cholery, miało być, żeby nie musieli tego jeść. Walker myślał, że będzie musiał iść spać głodny, ale Lexie zakradła się do kuchni i zrobiła mu kanapki, a potem przyszła z nimi, żeby mu powiedzieć, że wpadła na Ellę i Bessie, robiące to samo.

Śmiała się z tego do bólu brzucha. Śmiała się jeszcze bardziej, kiedy podarowała mu mortadelę z wymówką - „To było najlepsze, co mogłam zrobić, kochanie, Ella rozpraszała Honey, nie miałam czasu na więcej.”

Po raz pierwszy od dzieciństwa nauczył się, że woli mortadelę od alternatywy.

Na szczęście Bessie znała się na kuchni. Jej zapiekanka mięsna z chlebem kukurydzianym była gówniana.

Kiedy nie gotowały, Lexie namówiła go, żeby zabrał ich do Koguta. I namówiła go, żeby zabrał ich do włoskiej knajpy w mieście, a potem do Bubba’s. Co więcej, Maggie zrobiła grilla na cześć ich wizyty, co oznaczało, że musieli iść. W następnym tygodniu, żeby nie dać się wyprzedzić, Laurie zaprosiła ich wszystkich na kolację. Ledwie stanął na szczycie schodów, zanim Lexie mówiła mu, że musi wziąć tyłek pod prysznic, bo gdzieś wychodzili.

A nawet jeśli nie, kobiety się przyssały, a jego czas był pełny.

Pewnego wieczoru posadziły go przy wyspie z dziesięcioma skurwysynami albumami ze zdjęciami Lexie. Najwyraźniej nie odkryła robienia zdjęć dopiero co; jego żona przyzwyczajała się do tego przez dwie dekady. Wszystkie stały wokół niego, a najlepsze było to, że Lexie stała za nim. Jej cycki przyciśnięte były do jego pleców, ręka sięgająca, by przewrócić strony, z palcem wskazującym na zdjęcia, jej ciało poruszało się przy jego, gdy chichotała, przyciskając się bliżej i okrążając jego klatkę piersiową drugą ręką, kiedy wspominała, czasami oparła brodę na jego ramieniu i cichła, gdy pozostałe trzy opowiadały historie. Cała czwórka opowiadała swoje historie nad albumami ze zdjęciami i robiły to godzinami.

Przez to Lexie bawiła się najlepiej w swoim życiu i nie mógł powiedzieć, że nie był zainteresowany, widząc przewracające się strony, widząc ich życie na zdjęciach, poznając jej rodzinę i, gdy mijały zdjęcia, obserwował swoją żonę dorastającą, dojrzewającą. Nie był zaskoczony, widząc, że od czternastego roku życia była powalająca, zawsze była piękna, ale nie było sposobu, aby przegapić obietnicę, jaką będzie, gdy dojrzeje. Potem strona się odwróciła i zobaczył, jak dojrzała. To było dokładnie to, czego się spodziewał. Spodziewał się tego, ponieważ Rodriguez, który na początku ze swoim talentem mógł mieć dowolną cipkę, którą chciał, ale wiedział, bez względu na wybór, nie było nic w porównaniu z tym, co on miał w domu.

Nie ukrywała Rodrigueza szybko przewracając strony, na których był, ani nie prześlizgiwała się po jego zdjęciach; ani dla Walkera, ani dla jej rodziny. To była Lex. Nic ukrytego. Bez ściemy. Rodriguez był częścią jej życia, ich życia i nie czuła powodu, by go chować. Walker domyślił się, że to dlatego, że został pochowany, dosłownie, i to wystarczyło. Był głównym elementem jej życia, teraz go nie było. I już.

Noc filmowa zdarzyła się raz, ale jeśli nie ciągał tyłków do restauracji, kobiety w jego domu mogły jęczeć i robiły to, siedząc w kuchni lub na meblach na tarasie, Lexie popijając piwo, jej dziewczyny odsysające koktajle i, jak w przypadku zdjęć, robiły to godzinami. Próbował wyrobić sobie punkt, siedząc przed telewizorem z meczem, ale nie tylko Lexie, ale każda z nich wykrzykiwała jego imię lub podchodziła do drzwi na taras, opowiadając mu historię, dowcip, lub powtarzając, co przed chwilą powiedziała jedna z nich. Nie miał ochoty przebywać wśród ich gdakania, ale nie mógł powiedzieć, że cała czwórka nie była cholernie zabawna, były. Każda z nich. W tym Honey. A dźwięk ich bełkotu i śmiechu, musiał przyznać, wcale nie był denerwujący.

W środku drugiego tygodnia dostarczono oprawione pióro i tusz Tuku. Tego wieczoru on i Bessie trzymali ramę w różnych miejscach w salonie, podczas gdy Ella, Honey i Lexie przyglądały się jej, z palcami przy twarzy, z głowami przechylonymi na bok, niepewne i każące im przenieść ją w inne miejsce. Walker zmęczył się tym po około pięciu sekundach, wiedząc dokładnie, gdzie to chciał mieć. Bessie zmęczyła się tym dziesięć sekund później i zaczęła zrzędzić. Zniosła jeszcze jakieś piętnaście minut, po czym oznajmiła - „Macie dwie sekundy na podjęcie decyzji, jak nie, zaniosę tego skurwysyna na taras i wyrzucę go.”

W tym momencie skończyła się cierpliwość i uprzejmość Walkera, przejął kontrolę i w ciągu dziesięciu minut zamontował ramę nad sofą naprzeciwko kominka. Bessie zatwierdziła. Ella i Lexie wymieniły uśmiechy. Honey oświadczyła, że uważa, że lepiej wyglądałaby nad kominkiem.

W wolne czwartki, kiedy Lexie musiała pracować, był zmuszany do obowiązków zwiedzania. W pierwszy czwartek Lexie zaciągnęła te suki do Colorado National Monument. Powiedziała im, że po prostu nie mogą wrócić do Teksasu bez zobaczenia tego. Ale kiedy je tam zabrał, spodobał im się ten widok i wyciągnęły swoje tyłki z Cruisera, by dreptać na platformach do miejsca, w którym mógł zrobić im zdjęcie z częścią pomnika w tle. Ale potem z klekotem wróciły. Nie było dla nich szlaku ani bliższego przyjrzenia się. Kurwa, nie był pewien, czy Honey może w ogóle przeliterować „szlak wędrówki”. Potem, korzystając z niesamowitych zmysłów, zlokalizowały restaurację sushi w Grand Junction, jakby mogły wywęszyć tego skurwysyna; zaciągnęły go tam, a potem spędzili pieprzoną godzinę w Enstrom, kupując tyle toffi i czekolady, że mogłyby zaopatrzyć większość Dallas.

Jego drugi czwartek, wczoraj, był gorszy, ponieważ zabrał je do Aspen. W Aspen były zakupy. To nie było dobre, nie było zabawne i tak, jak te suki mogły być zabawne, tego dnia nie uważał nic za zabawne.

Kiedy powiedział o tym Lexie wczoraj w nocy w łóżku, znów się śmiała.

Musiał przyznać, że kochał śmiech swojej żony, uwielbiał go słuchać, ale w tamtym czasie Walker nawet się nie uśmiechnął, ponieważ ani jedna sekunda jego dnia nie była zabawna.

Powinien był to przewidzieć, biorąc pod uwagę, że Ella ześwirowała w poprzednią niedzielę, ogłaszając, że musi dać im prezent ślubny. Próbował odmówić udziału w tym wydarzeniu i cała czwórka naparła na niego. Nie mógł tego znieść, nie z błaganiem Lexie, więc ugiął się i poszedł. Nie powinien. Z jakiegoś powodu Lex była w ekstazie (chociaż powtarzała w kółko: „Nie powinnaś. Nie możemy tego przyjąć”, a potem to zrobiła), kiedy Ella kupiła im mikser KitchenAid. Znowu dwie pozostałe siostry poszły od razu za matką. Doprowadziło to do tego, że Bessie kupiła im dwie torby kuchennego gówna, z czego ponad połowę nawet nie wiedział, co to, do cholery, jest, a połowę wiedział, składało się głównie z misek i łyżek. Nie sądził, by kuchnia potrzebowała tylu misek i łyżek, ale, niezależnie od tego, teraz je mieli. Potem zaciągnęły go z centrum handlowego do Carnal, gdzie Honey dodała coś, co Lexie nazwała „garniec”, do ich kolekcji szarej ceramiki, a także trio wysokich świeczników, które Lexie ustawiła nad kominkiem. Zrozumiał to, gdy garnek został postawiony na kuchennym blacie i wypełniony jej łyżkami.

Wszystko wyglądało dobrze.

Nadal - nie musiał tam być podczas ich zakupów.

Mimo że większość z tego była upierdliwa, a część z tego poważnym wrzodem na jego tyłku, skłamałby, gdyby powiedział, że na pewnym poziomie nie podobało mu się to. A ten poziom częściowo polegał na obserwowaniu jego żony z rodziną, wiedząc, że jest szczęśliwa, obserwowaniu, jak spędza czas z ludźmi, których kocha. Ale chodziło też o zrozumienie, dlaczego była lojalna, dlaczego tak bardzo się o nie troszczyła. Nigdy w życiu nie doświadczył takiej rodziny i zajęło to trochę czasu, ale nawet od pierwszego przyjęcia go, potem zmiękły w stosunku do niego, a potem go wessały. To dlatego Lexie była tym, kim była, otwarta, czuła, drażliwa, szczera, zabawna i im dłużej był z nimi, tym bardziej one go tak traktowały.

I podobało mu się to.

Ale podobało mu się też, że tego ranka, kiedy szedł do pracy, zaciągnęły jego i jego żonę na dół do Vipera, aby go uściskać na pożegnanie. Potem przeszły na koniec garażu, żeby machać mu sennie, bo za godzinę miały wsiąść do wynajętej ciężarówki i odwieźć swoje tyłki do domu.

A podobało mu się to też, bo chciał odzyskać żonę - samolubne, ale miał to w dupie.

Chciał także z powrotem nieograniczonego i nieskrępowanego dostępu do ciała swojej żony.

Schody prowadziły bezpośrednio do ich pokoju, bez drzwi. I przez to Lexie nie czuła się komfortowo uprawiając seks w ich sypialni, mówiąc mu, że martwi się, że to usłyszą. To ograniczyło ich do prysznica, co oznaczało, że Ty zadecydował, że będzie brała go dwa razy dziennie, tak jak on.

Ale po dwóch cholernie długich tygodniach wyczerpał swoją kreatywność pod prysznicem i skończył z ograniczeniami.

I wiedział, że Lexie kocha swoją rodzinę, ale zeszłej nocy dowiedział się, że ona też z tym skończyła. Dowiedział się tego, kiedy stanowczo poprowadził ją pod prysznic, a ona stanowczo wyciągnęła rękę z jego dłoni i podeszła do wanny.

Potem ją napełniła.

Potem zaprowadziła go tam.

Nie pamiętał, czy brał kąpiel, odkąd był dzieckiem.

Będzie je brał w przyszłości.

A jego chód przyspieszył, bo dziś wieczorem mógłby pieprzyć swoją żonę w ich łóżku, na kanapie i na pieprzonych schodach, gdyby tylko miał na to ochotę.

A miał ochotę zrobić wszystkie trzy.

Więc nadszedł czas, aby zabrać jego tyłek do domu.

Wyszedł z sali gimnastycznej, która znajdowała się w Chantelle. Miała przyrządy, ale była to także siłownia bokserów, co oznaczało ograniczone korzystanie przez kobiety, a kobiety, które z niej korzystały, były bokserkami i tam trenowały, a nie ćwiczyły, by pokazać swoje stroje lub szukać mężczyzny, który dbał o swoje ciało, by go zahaczyć.

Słyszał, że w Carnal jest siłownia z osobistym trenerem, który potrafi skopać tyłek. Nie wypróbował tego, bo jego treningi były koedukacyjne.

Właśnie o tym myślał, gdy wychodził za drzwi i automatycznie przeskanował parking.

I to właśnie wymazało mu się z pamięci, gdy zobaczył pickupa. Model sprzed kilku lat i zadbany. Miał kilka ulepszeń w celu dodania błysku, nie za dużo nie dlatego, że właściciel go nie lubił, ale dlatego, że nie było go na to stać.

A Walker wiedział o tym, ponieważ właściciel opierał się o drzwi po stronie kierowcy. Był Latynosem. A tablice były z Teksasu.

Kurwa!

Spojrzeli sobie w oczy, a Walker nie oderwał wzroku, gdy podszedł do Vipera. Mężczyzna odsunął się od swojego pickupa, gdy Walker zbliżył się do Węża. Walker odwrócił wzrok, by otworzyć drzwi po stronie kierowcy i rzucić swoją torbę przez siedzenie kierowcy na siedzenie pasażera. Potem zatrzasnął drzwi, odwrócił się i oparł plecami o samochód, z rękami na piersi, skrzyżowanymi nogami i oczami skierowanymi na mężczyznę.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni nie spotkali się, ale Walker miał okazję uzyskać informację od Tate’a o Angel’u Peñie, choć nie była ona wyczerpująca. To dlatego, że Peña był lubiany, a Tate nie mógł kopać zbyt głęboko bez ujawnienia się. Wiedział, że jest szanowanym gliną. Wiedział, że otrzymał pochwały. Wiedział, że Peña uważał swój zawód za powołanie, a nie pracę. Wiedział, że taktyka Peñy była kontrowersyjna. I wiedział, że zostało to przeoczone, bo wskaźnik jego rozwiązanych spraw był wyjątkowo wysoki.

Teraz zobaczył, że jest niski, wzrostu Lexie, co oznaczało, że górowałaby nad nim w obcasach. Wystarczająco porządnie wyglądający facet, ale Walker nie był kobietą, więc naprawdę nie miał pojęcia. Podobało mi się gotowanie jego mamy, jeśli lekki brzuch wystający znad dużej klamry jego paska był czymś, po czym można było wnioskować. W każdym razie wiedział, że powinien o siebie zadbać, ponieważ reszta ciała była jak buldog: silna, twarda i masywna. Walker wiedział też, że jest dumnym Teksańczykiem, a także dumnym Meksykaninem, patrząc na pickupa, ale też na kowbojskie buty, dżinsy Wrangler, sportową kurtkę z westernowymi szwami i koszulę w kratę z perłowymi zatrzaskami, które opowiadały resztę historii, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że klamra paska miała meksykańską flagę.

Zatrzymał się trzy kroki od niego dalej.

„Tyrell Walker” - stwierdził.

„Detektyw Angel Peña” - odparł Walker.

To było to. Żaden z nich nie miał przewagi. Jeszcze nie.

Wzrok Peñy przesunął się na Vipera, a potem z powrotem na Walkera.

„Ładne autko” - zauważył.

Walker nie odpowiedział.

Peña spojrzał mu w oczy, zaskakująco nie skrępowany różnicą wzrostu, która była bliska trzydziestu centymetrom. Świat nie pasował do wzrostu ani rozmiaru Walkera, podobnie jak większość ludzi w nim. Nigdy nie miał z tym problemu.

Od czasu do czasu schylał głowę, wiedząc, że jego sylwetka onieśmielała większość mężczyzn, jego waga sprawiała, że nie doceniali jego szybkości, a jedno i drugie (dla niektórych można było dodać jego kolor) sprawiało, że większość ludzi, zarówno mężczyzn jak kobiet, źle oceniała jego inteligencję. To dawało mu niemal stałą przewagę.

W tym momencie przyszło mu do głowy, że Lexie była jedną z niewielu kobiet, które pasowały do niego. Nawet boso była wysoka jak na kobietę. Ale prawie cały czas nosiła szpilki. Nie musiał się tak giąć ani pochylać z żoną.

To też lubił.

Ale teraz zobaczył, że Peña nie był zastraszony i nie lekceważył go. Uznał to za zaskakujące i niepokojące.

Oznaczało to, że Peña spędził trochę czasu na szukaniu o nim informacji i kopał głęboko. Walker po prostu nie miał pojęcia, co znalazł.

„Wyobrażam sobie…” - zakończył milczenie Peña - „…że wiesz, że jestem zainteresowany Alexą Berry.”

„Walker” - jego korektą było niskie, szybkie, celowe dudnienie i był zszokowany jak cholera, widząc, jak jego odpowiedź zaskoczyła Peñę tak bardzo, że zajęło mu to dwie sekundy.

„Co?” - zapytał cicho Peña.

„Walker” - powtórzył - „Teraz nazwisko Lexie to Walker.”

Peña z zamkniętą twarzą, przyglądał się Walkerowi, ale nawet z zamkniętą twarzą robił to uważnie.

Walker pozwolił mu, a potem skończył.

„Mam żonę do domu, Peña. Będziesz się na mnie gapić jeszcze dłużej?”

Peña zamrugał. Potem cicho zapytał - „Jak się miewa?”

„Jest żoną mężczyzny, który nie lubi za bardzo, gdy mężczyzna, którego nie zna, pyta, jak się miewa.”

„To interesująca odpowiedź, Tyrell” - zauważył Peña.

Walker nie odpowiedział, chociaż chciał mu powiedzieć, żeby nie nazywał go Tyrell. Jego matka nazywała go Tyrell. Kiedy jego ojciec był wkurzony, co zdarzało się często, nazywał go Tyrell. Dlatego nikt nie nazywał go Tyrell.

Ale nie powiedział mu tego.

Peña kontynuował - „Ona jest przyjaciółką.”

To ciekawe, biorąc pod uwagę, że nie wspomniała o tobie.”

 Kolejny punkt. To bolało. Myślał, że miał większe znaczenie w jej życiu.

„Są rzeczy, o których się stara zapomnieć, jak sądzę” - niedokładnie zgadł Peña.

A Walker nie zawahał się poinformować go o tym fakcie - „Mylisz się. Lexie nie musi zapominać. Jest wystarczająco mądra, by nauczyć się lekcji, jakie daje jej życie, z otwartymi oczami, bez ściemy.”

„Może tak jest, ale to nie znaczy, że nie ma rzeczy, które chciałaby zostawić w przeszłości” - odpowiedziała Peña.

„Masz w tym rację” - powiedział mu Walker, jego punkt ciężko było przeoczyć i skończył, więc postanowił skierować ich w innym kierunku - „Przebyłeś całą tę drogę po to gówno?”

„Jest warta jazdy i urlopu.”

To była prawdziwa odpowiedź, ale Walker nie chciał jej słyszeć.

Dlatego ruszył. Odpychając się od Vipera, przesunął się, by otworzyć drzwi, ponownie przedstawiając punkt, którego trudno było nie zauważyć.

Peña tego nie przegapił, ale też nie skończył.

„Wygrałeś to w grze?” - zapytał, a Walker przeniósł na niego oczy, gdy otworzył drzwi i zaczął je obchodzić, aby wsiąść. Peña wiedział, że nie ma dużo czasu i ciągnął dalej - „Wiem, że masz talent, żeby się nie pieprzyć. Minęły lata, ale kręgi w Dallas wciąż o tobie mówią. Nie siedziałbyś w grze bez co najmniej dwudziestu pięciu tysięcy wpisowego.”

 Walker wciąż się ruszał.

Peña mówił dalej - „To sprawia, że człowiek zastanawia się dlaczego, jeździsz Wężem, siedzisz tylko w grach o wysokie stawki, a jednak przez trzydniowy weekend ciągnąłeś swój tyłek w pieprzonym samochodzie przez trzy stany, aby siedzieć w grze z czterema mężczyznami, którzy razem nie mogli zaoferować nic, tylko o pięć tysięcy mniej niż dwadzieścia pięć.”

Walker zatrzymał się, wyprostował i odwrócił w drzwiach.

Zrobił to, ponieważ Peña właśnie pokazał, jak głęboko kopał.

Walker poświęcił mu uwagę, ale nic więcej.

„Jeśli nawet tylko dla cholery, dlaczego nie poleciałeś?” - zapytał Peña - „Miałeś forsę. Do LA i z powrotem, usiąść przy stole i zabić człowieka… to dużo, żeby zmieścić w trzy dni.”

Walker nie odpowiedział.

Peña nie szukał odpowiedzi. Peña z radością wygłaszał monolog.

„Chociaż jak lecisz samolotem, oni mają zapisy. Jak siedzisz dupą w samochodzie, nikt nie wie.” - Przerwał; Walker nic mu nie dał, więc szedł dalej.

„Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak było, do cholery. Nie obchodzi cię towarzystwo, które masz w grze, to prawda, ale przynajmniej muszą przynieść coś do stołu.”

Walker milczał.

Peña naciskał - „Siadasz z mężczyznami, którzy mają dziesiątki tysięcy gotówki i zabezpieczenia, za każdym razem odchodzisz jako zwycięzca, wielki zwycięzca. Potem siedzisz z mężczyznami, którzy mają gówno, którzy nie są znani z gry w karty, są totalnymi amatorami i tracisz ogromne? Jak to się dzieje?”

Walker nie poruszył się ani nie powiedział ani słowa.

Peña szedł dalej - „Straciłeś tak ogromnie, że cię to wkurzyło. Ty, doświadczony gracz, który musiał odejść od niektórych stołów gdzieś wzdłuż linii. Znałeś wynik. Żadnych incydentów, ale przegrywasz z jakimś szumowiną dilerem narkotyków w LA, jesteś tak wkurzony, że namierzasz jego tyłek, strzelasz do niego cztery razy i, częściowo robotnik budowlany, częściowo mechanik, na tyle sprytny, by zdobić sobie Węża, jesteś na tyle głupi, by zostawić swoje odciski na miejscu zdarzenia. Jak to się stało?”

Walker odwrócił się do niego całkowicie i skrzyżował ręce na piersi.

Peña wytrzymał jego spojrzenie.

Potem zrobił krok do przodu i powiedział cicho - „Mam źródło mówiące, że zakopano kilka wstępnych zeznań świadków. Wiesz o tym?”

Nie. Nie miał pojęcia. To byłoby wielkie, ogromne lata temu.

Teraz to nie miało znaczenia.

Dlatego nadal się nie odzywał.

„Sprzeczne zeznania w różnych miejscach. Twój opis, przegrana kwota, oś czasu. Wygląda na to, że świadkowie nie zostali dokładnie poinformowani” - Peña upuścił bombę, zdradził trochę, zatrzymał się na reakcję, a kiedy jej nie otrzymał, naciskał - „Ale w końcu ich historie były wyprostowane.”

Pieprzyć go. Pieprzyć go. Mniej niż sześć tygodni, a Peña zaszedł dalej niż Tate. Dużo dalej.

Walker nie odpowiedział.

Peña tego nie potrzebował - „Dwóch z tych mężczyzn, którzy siedzieli z tobą przy stole, było agentami policyjnymi detektywa Cheta Palmera z LAPD.”

Walker nic nie powiedział.

Peña kontynuował - „A detektyw Chet Palmer pracuje w innym komisariacie, ale mimo to jest ojcem chrzestnym córki Gene Fullera.” - patrzył w oczy Walkera i mówił cicho - „Rozumiesz połączenie, które ci daję?”

Walker w końcu się odezwał - „To nie jest nowość.”

 „Jackson” - tym razem Peña poprawnie odgadł, że Tate odkrył ostatnią część wiele lat temu.

Walker nie potwierdził. Nie musiał.

„Chcesz prawdziwych nowin?” - zapytał Peña.

„Jeśli je masz” - odpowiedział Walker.

Peña przyjrzał mu się i zrobił to przez chwilę.

Potem to wyłożył.

„Twoja spluwa, narzędzie zbrodni nigdy nie zostało odzyskane.” - zignorował zaciśnięcie szczęk Walkera na wzmiankę o „twojej spluwie”, coś, o czym wiedział, ale nigdy nie miał, dopóki Shift mu tego nie dał, a Peña kontynuował - „Ale to nie zniknęło. Wiem o tym, bo inny dealer z Los Angeles miał dopasowanie balistyczne do tej broni, zajęło mi trochę, by to odkryć, nawet moje źródło narowiło się, tak ta informacja była głęboko zakopana. Jestem pewien, że nie zdziwi cię, że inny brat został za to wrobiony, świadkowie, odciski na miejscu, motyw, okazja, przytłaczające dowody, nawet jeśli narzędzie zbrodni nigdy nie zostało odzyskane. Schodził, ale był już wcześniej. Gówno gangu. Mała odsiadka mu się nie podobała. Nauczył się swojej lekcji. Wyszedł. Utrzymywał w czystości.” - Peña pochylił się, zgubił na chwilę i wysyczał - „Zgłosił się na ochotnika do pracy w lokalnym Klubie Chłopców, aby trzymać dzieci z dala od gangów.” - Peña odchylił się do tyłu, wciągnął powietrze, by zebrać to w całość, zanim skończył - „Nie podobał mu się wyrok, wiedział, że ma więcej do stracenia, może wiedział dlaczego, zdecydowanie wiedział, z kim ma do czynienia. Nie zamierzał iść siedzieć i znalazł sposób, aby uciec od tego na zawsze, a zrobił to wieszając się na belce w garażu swojej mamy.”

Walker wciągnął powietrze i odwrócił wzrok. To nie była jedyna reakcja, którą ujawnił. Wiedział, że jego ciało rozszerzyło się, ponieważ wiedział, że większość jego mięśni odruchowo się napięła.

Kolejny brat przepadł. Kurwa.

Siłą woli rozluźnił mięśnie i obejrzał się.

„Byłem zajęty, Peña” - zauważył.

„Mówiłem ci, że zainteresowałem się Alexą Berry” - Kiedy oczy Walkera zwęziły się, poprawił szybko - „Walker”.

Walker nie skomentował.

Peña wciąż nie skończył - „Dostałeś wyrok. Myślę, że dali ci dużo czasu do namysłu. O czym, nie wiem. Mogę się domyślić, że, jakby pięć lat mojego życia zgniło, wiem, o czym bym myślał. I, muszę powiedzieć, Tyrell, normalnie nie obchodziłoby mnie, co robisz. Problem polega na tym, że to, co zrobisz, nie będzie tylko tym, co ty robisz. To, co zrobisz, wpłynie na innych i nie tylko na tych, na których musi wpłynąć. I tu właśnie mam problem.”

„To nie twoja sprawa” - poinformował go Walker.

„Tutaj się mylisz” - odpalił Peña, a Walker częściowo go źle zinterpretował.

„To mój garaż, gdzie parkuje swojego Chargera, Peña. Moje łóżko, w którym śpi. Bukiet kwiatów, który kupiłem jej, zanim włożyłem obrączkę na jej palec, podarła i wcisnęła płatki między dwa kwadraty szkła i powiesiła to gówno w oknie mojej w kuchni, żeby mogła widzieć je, kiedy zmywa naczynia. To znaczy, że się nie mylę.”

Znowu strzelił, to bolało gorzej, a Peña tego nie ukrywał.

Ale zaprzeczył - „Nie rozumiesz, z czym przychodzę.”

„Rozumiem, że chcesz kawałek mojej żony. To, czego ty nie rozumiesz, to to, że każdy jej centymetr jest mój” - pochylił się - „Każdy. Nie dostaniesz ani jej kawałka.” - odchylił się do tyłu - „Nikt nie dostanie. Nikt oprócz mnie.”

„Jak powiedziałem, nie rozumiesz, z czym przychodzę.”

Kurwa, ale on chciał być w domu ze swoją pieprzoną żoną.

Dlatego, aby to zrobić, zaprosił - „Edukuj mnie”.

„Interesuję się Alexą Berry Walker, Tyrell, ale jestem też gliną. Nie jesteś moim bratem. Nie znam cię. Nie obchodzisz mnie. Jedyne, co mnie obchodzi, to to, co dzieje się w twojej głowie. Nie mam też w dupie, że bracia upadają w dwóch stanach na dwa sposoby, a żaden z nich nie jest blisko do gówna, którego… nie… zrobili…”

Teraz to go zaskoczyło.

Nie pokazał tego. Nie robił nic poza gapieniem się.

Peña wyłożył swoje karty na stół - „Więc jestem tutaj z powodu Lexie. Powodem, dla którego tu jestem, jest to, że słyszałem, że się z tobą sczepiła, więc zainteresowałem się i to, co znalazłem, zainteresowało mnie bardziej, a to większe zainteresowanie doprowadziło mnie do większego, ale w końcu nie doprowadziło do niczego poza pytaniami, pytaniami bez odpowiedzi. Więc teraz innym powodem, dla którego tu jestem, jest to, że szukam odpowiedzi. I wreszcie, jestem tutaj, teraz na tym parkingu z tobą, żeby cię ostrzec, żebyś pamiętał, co masz w garażu i co wisi w twoim oknie kuchennym, a przede wszystkim co masz w łóżku. I jestem również po to, by dać ci znać, że jestem w mieście, dlaczego tu jestem i cokolwiek, kurwa, planujesz, żebym cię nie pieprzył, musisz wiedzieć, że tu jestem.”

I znowu, to go zaskoczyło.

„Wyświadczasz Lexie przysługę” - powiedział cicho.

„Tak, to było tylko dla Lexie, dopóki nie wkroczyłeś, Tyrell. Wciąż mam to w dupie, ale zrobiłeś to cholernie jasne, że pierdolenie cię ona obchodzi, a ja spędziłem lata obserwując, jak jest z mężczyzną, który tego nie robił, więc w okrężny sposób, również robię to dla ciebie.”

Jezu.

„Peña..” - uznał, że to konieczne, aby ostrzec - „…nie wiesz, z czym się zmierzysz.”

„Tyrell…” - odpalił Peña - „…dokładnie wiem, z jakim brudem się zmagam. Ty masz swój kolor, ja mam swój, więc wiem. A domyślam się, że jak Jackson węszył dookoła, dał ci wprowadzenie, więc wiesz, że nie jestem głupi i, potwierdzam, nie jestem. Myślę, że ty też nie jesteś, ale nadal będę ci przypominał, żebyś nie był, i zrobię to ze względu na to, gdzie jest jej Charger, w jakim łóżku śpi i te płatki, na które patrzy, zmywając naczynia. Lubię swoje życie, więc go nie marnuję i nie zmarnuję tego, próbując odwieść cię od tego, co zamierzasz zrobić. Ale przypomnę ci, abyś pomyślał o tych trzech rzeczach, za które inni mężczyźni by zabili, i doradzę ci, że ktoś taki jak ja może zajść w tej misji o wiele dalej niż ktoś taki jak ty.”

„Jesteś z Teksasu” - przypomniał mu Walker.

„Policjant to policjant, Tyrell, w Teksasie, w Kalifornii, w Kolorado czy na Księżycu” - odparł Peña.

Walker wpatrywał się w niego. To nie była prawda. Ci chłopcy obsikiwali całe swoje tereny, robili to regularnie, żeby nikt nie mógł pomylić zapachu i bez względu na to, czy nosiło się odznakę, czy nie, wpuszczali tylko tych, których chcieli wpuścić.

Z drugiej strony to, co Tate powiedział o taktyce tego faceta mówiło, że miał jaja, więc kto wiedział, co może zrobić?

Wreszcie powiedział - „Nikt nie nazywa mnie Tyrell.”

Peña wpatrywał się w niego. Potem się uśmiechnął.

Potem jego uśmiech zgasł i zapytał cicho - „Jak ona się miewa?”

„Ella, Bess i Honey tylko co wyjechały po spędzeniu z nami dwóch tygodni.” - odpowiedział Walker.

„Jezu” - mruknął Peña - „…więc ona była szczęśliwa jak cholera, ale ty byłeś w piekle.”

Tak, był zainteresowany poznaniem Lexie.

„Coś w tym rodzaju” - mruknął w odpowiedzi.

Peña zawahał się. Potem go popchnął.

„Była piękną panną młodą?”

Kurwa.

Pieprzyć go.

Dał to draniowi - „Wspaniałą.”

Peña skinął głową, ale zadał pytanie - dostał odpowiedź, którą już znał.

Walker oficjalnie skończył.

„Jak cię spalą, nie znam cię, ale co ważniejsze, Lex nie zna.”

„Mówiłem ci, nie jestem głupi.”

„I mówię ci, jak wsadzisz w to nos, a to spłynie na moją żonę, były więzień kontra gliniarz, czy nie, masz problem. Czy jestem zrozumiany?”

Peña wytrzymał jego spojrzenie. Potem się szeroko uśmiechnął.

Potem szepnął - „Długo czekałem, żeby zobaczyć tę kobietę z mężczyzną, który będzie się przejmował. Myślę, że nie przegapiłeś, że chciałem być tym mężczyzną. Nie wiesz, że Alexa Berry Walker interesuje mnie tak bardzo, że nie obchodzi mnie, kto to jest, tak długo jak się przejmuje.”

„Więc mamy coś wspólnego, ale, oczywiście, ja jestem tym mężczyzną” - Walker odpowiedział.

Peña skinął głową z kolejnym uśmiechem.

Bez urazy.

„Bądź czujny” - powiedział Walker, odwracając się i składając do Vipera.

„Ty to samo” - odparł Peña, a Walker zatrzasnął drzwi.

Potem odpalił auto, wysunął się z miejsca, spojrzał na Peñę idącego z powrotem do jego pickupa i miał na Chrystusa nadzieję, że on wie, co robi.

Potem umieścił ją na pierwszym miejscu i pojechał w cholerę do domu.

*****

Walker wszedł na szczyt schodów, ale usłyszał muzykę, zanim wszedł do pomieszczenia gospodarczego. Nastrojowa muzyka. Alicia Keyes. Prezenty ślubne od rodziny Lexie były zdecydowanie bardziej dla Lexie niż dla Walkera, ale wyprawa na zakupy miała dla niego jeden plus. Lexie trafiła do sklepu muzycznego i zaopatrzyła się w przyzwoitą muzykę. I nie chodziło tylko o to, aby jej rodzina miała ścieżkę dźwiękową na czas ich wizyty, którą by się cieszyły, ale dla niego.

Dawała w inny sposób.

Okrążył balustradę i rzucił tam swoją torbę treningową, najpierw zaglądając do kuchni.

Mniej więcej o tej porze dnia myślała o jedzeniu, ale przede wszystkim znała jego harmonogram i wiedział, że chce być blisko, kiedy on wraca do domu, aby móc go przywitać, co zawsze robiła, wciskając się w niego i odchylając głowę do tyłu na pocałunek. Nieważne, czy wrócił z warsztatu, czy z siłowni, spocony czy nie, jego kobiety to nie obchodziło.

I inny sposób, w jaki dawała.

Nie było jej w kuchni, więc spojrzał na drugie miejsce, w którym zwykle była, myśląc, że lubi ich meble na tarasie, to było gówno i wyglądały dobrze. Ale to cholernie dużo kosztowało. Nie przeszkadzały mu pieniądze, nigdy, jeśli to było fajne gówno i dobrze wyglądało. Ale przejmował się tym jeszcze mniej, ponieważ używała ich cały czas. Kiedy jej rodzina tam była, jedli na tylnym tarasie. Zanim przyjechały, w jego dni wolne zauważył, że jadła tam śniadanie i piła kawę, i robiła to tak, jakby robiła to cały czas, więc wiedział, że robi to cały czas. Innym razem wędrowała tam ze swoim Kindle, żeby czytać, albo ze swoim iPodem, by słuchać, patrząc na widok. Kolorado było dla niej nowe, podobało jej się to, podobały jej się ich widoki i poświęcała na to swój czas, ile tylko mogła, kiedy nie dawała jemu tego czasu.

Więc odwrócił głowę, żeby spojrzeć na taras i zamarł.

To dlatego, że leżała zwinięta na kozetce, ze zgiętymi i opadłymi na bok nogi, obcasy podciągniętymi blisko tyłka, z piwem w dłoni spoczywającym z boku jej uda, głową odrzuconą do tyłu, bo się śmiała.

Naprzeciw niej w tym dwuosobowym fotelu leżał ogromny czarny mężczyzna, odwrócony profilem do Walkera, ale widział, jak się uśmiecha.

Lexie wyprostowała głowę, dostrzegła go, jej twarz pojaśniała i skierowała w jego stronę snop oślepiającego światła, krzycząc - „Ty! Zobacz kto tu jest!”

Potem jego pieprzona żona, totalna pieprzona gapcia, jak podekscytowana nastolatka poderwała się na nogi i zeskoczyła z sofy, wbiegając do niego przez otwarte drzwi, gdy zmusił się do ruchu i szedł do niej.

W swoim podnieceniu uderzyła go w locie, jej miękkie ciało zderzyło się z jego, jej ramiona, nawet z jedną ręką trzymającą butelkę piwa, ślizgały się wokół niego, jej bose stopy zmuszały ją do pochylenia głowy do tyłu, by rozproszyć do niego uśmiech.

„Julius” - oświadczyła podniecona, ale niepotrzebnie.

Spojrzał w dół na jej twarz, a potem uniósł głowę i zobaczył, że Julius wysunął się z sofy i uśmiechnął się do niego, gdy wchodził do domu.

Taka była ich więź, że, można było śmiało powiedzieć, zawsze i wszędzie, byłby szczęśliwy widząc Juliusa Championa. Zdecydowanie szczęśliwszy, widząc go po raz pierwszy w spranych dżinsach, koszulce i oddychającego swobodnie.

Z wyjątkiem tej chwili.

Pochylił głowę i mruknął - „Pocałuj, mama.”

Jej uśmiech stał się jaśniejszy, jeśli można było w to uwierzyć, podniosła się na palcach, pochylił się nisko i dotknął ustami jej ust, gdy jej ramiona go ścisnęły. Kiedy podniósł głowę, puściła go, cofnęła się o krok, a on odwrócił się do Juliusa, który zbliżył się do niego i miał w ręku piwo. Wyciągnął swoją drugą rękę i Walker ją wziął.

„Walk” - mruknął, gdy się złapali i zamknęli oczy, bez drżenia, bez uścisku, siła uścisku i komunikacja przez ich oczy były wszystkim, czego potrzebowali.

„Champ” - mruknął Walker.

Julius uśmiechnął się. Walker odwzajemnił uśmiech.

„O cholera, będę płakać” - oznajmiła Lexie, a mężczyźni puścili się i obaj spojrzeli na nią, aby zobaczyć, że rzeczywiście wygląda, jakby miała się rozpłakać.

„Opanuj to, Lex” - mruknął, wciąż się uśmiechając.

Skinęła głową i zauważalnie głęboko odetchnęła, szepcząc - „Racja. Racja.”

Walker potrząsnął głową i spojrzał na Juliusa, aby zobaczyć, że Julius uśmiecha się teraz do Lexie.

„Okej!” - oznajmiła klaszcząc, a Walker spojrzał na nią - „Czas na kolację!” - skierowała wzrok na niego - „Shake, kochanie, czy zamierzasz jeść ze mną i Juliusem?”

„Proszek z wodą, to potem zjem z wami” - odpowiedział Walker.

„Świetnie!” - zatwierdziła, rzuciła im obu olśniewający uśmiech, odwróciła się i skierowała do kuchni.

Walker spojrzał na Juliusa - „Idę pod prysznic, bracie. Zaraz wracam.”

Julius podniósł brodę i odpowiedział - „Dotrzymam towarzystwa twojej kobiecie, gdy cię nie będzie.”

Walker założyłby się, że tak. Miał trzy kobiety, każdą stałą, z każdą zaangażowany, każda była w jego życiu od lat, ale to nie znaczyło, że wciąż nie rekrutował. Ale Walker wiedział też, że niczego nie spróbuje z Lexie.

Prawdę mówiąc, nie był mężczyzną, który nie skorzystałby z okazji, by cieszyć się piękną kobietą, chociaż wiedział, że przez patrzenie, ale nie dotykanie.

Walker skierował się do schodów. Julius skierował się do kuchni.

Prawie skończył z prysznicem, kiedy weszła. Patrzył przez szybę, jak stawia na toaletce duży, plastikowy kubek z zakręcaną pokrywką, wypełniony proteinowym proszkiem wymieszanym z wodą. Jej oczy skierowały się na niego, zanim odeszła, a potem przeszła cztery kroki, żeby przycisnąć dłoń płasko do szyby i posłać mu kolejny uśmiech.

Nie mieli żadnego fizycznego połączenia przez to szkło, ale było to połączenie; takie gówno robiła przez cały czas. Uśmiech był olśniewający; była zadowolona jak cholera, że jego przyjaciel tam był. Dostarczony napój proteinowy był kolejnym sposobem, w jaki to dawała. To też robiła cały czas: mieszając mu napój lub mieszając mu shake’a, a kiedy wychodził, stało to na toaletce, jeśli nie była z nim pod prysznicem.

Czekała na to, on jej to dał, podnosząc podbródek, po czym bez słów ruszyła z powrotem.

Po prysznicu ubrał się w spodnie od dresu i białą koszulkę, wysysając drinka, skierował się w stronę schodów. Okrążając balustradę na podeście pierwszego piętra, by dotrzeć do wylotu schodów prowadzących na parter, skierował wzrok na biuro. Potem, nawet jeśli chciał dostać się do swojej kobiety i Juliusa, jego stopy przeniosły go do drzwi biura.

Lexie nie miała dużo gówna. Większość jej mebli wciąż znajdowała się w mieszkaniu w Dallas, do którego przeprowadziła się Honey. I nie rozpakowała wszystkiego, kiedy przyjechała. Ubrania, buty, biżuteria, takie gówno. Kilka zdjęć jej dziewczyn na kominku na dole. Wywołała, oprawiła i umieściła zdjęcie ich w Kogucie w ich sypialni. Ale ustawiła swój komputer w biurze, dodała jeszcze kilka ramek z domu, zamontowała na tylnej ścianie niezwykłą grafikę, która mu się podobała, włożyła do szuflady biurka swój notes, książkę adresową i inne tego typu rzeczy.

Poszedł do prawej sypialni, gdzie postawiono meble z jej sypialni z Dallas. Podwójne łóżko z kobiecą pościelą i kołdrą, białe tło z surowymi zawijasami zielonych łodyg prowadzących do dużych kwiatów w wielu odcieniach błękitu i różu. Kobiece, ale w dobrym guście. Czysta Lexie. Jedna szafka nocna z lampką. Komoda. Więcej grafik na ścianie. Pokój gościnny, w którym spała Ella, teraz czarna skórzana torba Juliusa leżała na podłodze przy szafie.

 Potem poszedł do drugiej sypialni. Wciąż miała tam kilka pudeł ustawionych pod ścianą, ale uczyniła to swoim pokojem. Duży stół z plastikowymi, wieloszufladowymi organizerami na górze i koszami wypełnionymi rzemieślniczym gównem. Niektóre półki wypełniła większą ilością rzeczy rzemieślniczych. Maszyna do szycia z krzesłem przed nim.

Fotel w kącie, obok stojąca lampa, gdzie mogła wygodnie pracować. Kurewsko go to zaskoczyło, ale jego żona była manualnie uzdolniona. Nie chodziło tylko o płatki w oknie. Od razu ustawiła tę maszynę do szycia i, nawet ze swoimi dziewczynami w domu, kiedy pewnego dnia wrócił do domu po pracy, mieli na kanapie ogromne, nowe poduszki. Lubił je, materiał był ładny, ale, co ważniejsze, były wygodne jak cholera i było ich mnóstwo, a mógł wepchnąć je za siebie, gdy oglądał mecz.

Wyszedł i zszedł po schodach, widząc pióro i tusz Tuku na ścianie, gdy się poruszał. Gruba, matowa czarna rama była gównem, praca była ogromna, miał tylko jej fragment namalowany tuszem na ciele, bo potrzebowałby czterech ciał jego wielkości, aby to wszystko nałożyć. Dobrze było widzieć go ponownie na widoku, za każdym razem, gdy łapał go oczami i trudno było to przegapić, przypominało mu to Tuku, dając dobre wspomnienia. Był oszołomiony, kiedy Lexie zabrała go do warsztatu z ramami. Poczuł, jak to coś przeszywa lewą stronę jego klatki piersiowej, ostrzej, a ból przeszedł go tak ekskluzywny, że był czymś, czego nie znał, nigdy nie doświadczył, ale wiedział, że nigdy tego nie zapomni o tym uczuciu lub o tej chwili, nigdy w jego życiu.

To wszystko uderzyło go, kiedy to widział - Lexie uczyniła jego dom ich domem i nigdy nie wiedział, kiedy wchodził, co doda, co da mu więcej, ale tym razem uderzyło go to inaczej, gdy był tam jego brat, patrząc oczami Juliusa jego dom, jego życie, kwiecistą pościel, na której będzie spał w pokoju gościnnym.

Jego żona.

A kiedy go to uderzyło, coś osiadło w Walkerze. Osiedliło się głęboko.

Coś doniosłego, ale nie ciężkiego. Coś ciepłego. Coś pożądanego.

Myślał o tym, gdy pociągnął łyk swojego drinka, dotarł na dół schodów i odwrócił się, by zobaczyć Lexie przy kuchence, Juliusa przy stołku na wyspie. Oboje rozmawiali ze zrelaksowanymi twarzami, Julius był już w domu, ponieważ Lexie sprawiła, że tak się poczuł. Ogromny mężczyzna. Ogromny czarny człowiek. Ogromny, czarny były więzień w domu, zrelaksowany, mile widziany, ponieważ Lexie sprawiła, że tak się poczuł.

Jej oczy powędrowały do niego, a potem odwróciła głowę do niego.

„Idź, porozmawiaj ze swoim bratem” - skierowała głowę na przedni taras - „Skończę to i zjemy przy stoliku na zewnątrz.”

„Wykopujesz mnie, laleczko?” – zapytał Julius, a Lexie odwróciła się, by się do niego uśmiechnąć.

„Daję ci czas z Ty, abyś mógł porozmawiać o tym, jak wspaniały jest mój tyłek” - odpowiedziała, Julius zachichotał, a Walker przeniósł się do swojej żony.

Pochylił się, żeby pocałować jej włosy i wymamrotał - „Nogi, Lex, twój tyłek jest w porządku, ale masz cholernie świetne nogi. Jak dotąd dwukrotnie owinęły moje plecy.”

Odchyliła głowę do tyłu i złapała jego wzrok, po czym oparła się bokiem na nim, by móc przewrócić oczy na Juliusa.

Jego przyjaciel znów zachichotał.

Walker odwrócił się od swojej kobiety i spojrzał na Juliusza. Potem skinął głową w kierunku zewnątrz, po czym ruszył w tę stronę, a Julius zsunął się ze stołka i poszedł za nim.

Usiedli przy balustradzie obok jednej z kwitnących doniczek z kwiatami Lexie.

„Dobrze cię widzieć, bracie” - wyszeptał Walker.

„Dobrze być widzianym” - odszepnął Julius.

„Wszystko dobrze?” - zapytał Walker.

„Tak. Ale moje suki są na mnie. Jestem tu, żeby odpocząć. Jak wyszedłem, wszystkie trzy spadły na mojego penisa. Prawie mnie zabiły.”

To była bzdura. Według raportów Juliusa, wszystkie trzy miały umiejętność robienia loda, a jedna z nich miała niesamowitą kontrolę nad mięśniami kegla. On też odbył pięcioletni i był tak samo gotowy, jak Walker, by zdobyć trochę dla siebie, a przez to Walker miał na myśli tyle, ile mógł dostać Julius.

Nie, Julius był tutaj, ponieważ sprawdzał rzeczy, których nie można było sprawdzić przez telefon; nie, ku zadowoleniu Juliusa.

Walker nie powiedział nic do niego. Zamiast tego dopił drinka, przekręcił się i odstawił kubek na barierę.

Kiedy się odwrócił, Julius patrzył w stronę domu. Poczuł wzrok Walkera i spojrzał na niego.

„Dobra, Walk…” - przerwał, a potem powiedział powoli - „Góóówno. Co do cholery?”

Walker poczuł, jak drgają mu usta.

Potem powiedział mu - „Wyszedłem z tej dziury prosto do cudu.”

„Możesz to powtórzyć, mój człowieku, pieprz mnie. Wierzę w Boga, ale zaledwie dwie godziny temu spotkałem mojego pierwszego anioła chodzącego po Ziemi.”

„Lexie to wiele rzeczy, wszystkie są dobre, ale nie myślę, że Bóg tworzy takie anioły.”

Na okrągłej twarzy Juliusa pojawił się szeroki, biały uśmiech.

„Podoba mi się” - mruknął.

„Mi też. Kocica.” - odparł Walker, a uśmiech Juliusa stał się większy.

Potem część białego umarła, zanim powiedział - „Dobrze dla ciebie. Cieszę się, że ci się powodzi. Zasługujesz na cud.”

Walker nie odpowiedział.

Julius trafnie zgadł - „To nie jest gra.”

Walker pokręcił głową.

Juliusz kontynuował - „Ile czasu zajęło ci wmanewrowanie w to?”

„Za długo, ponad tydzień.”

Julius zamrugał - „Że to?”

„Czułem to jak pięćdziesiąt lat.”

Julius odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Walker wtedy uśmiechnął się do niego.

Potem, wciąż chichocząc, pochwycił spojrzenie Walkera - „Ładna cipka, słodka cipka, taka elegancka cipka, ty - były więzień, zajęło ci to tydzień. Pieprz mnie. Poradzę sobie, bracie, ale nawet mnie zajęłoby to co najmniej miesiąc.”

Walker nie odpowiedział.

Spojrzenie Juliusa stało się intensywne - „Jak to jest prawdziwe?”

„Prawdziwe” - odparł stanowczo Walker, a Julius uniósł podbródek.

„Prawdziwe dla niej. Ta suka tam żyje snem. Zapukałem do drzwi, pieprzony ja, wielki czarny człowiek, ona jest białą kobietą w słodkim domku pośrodku pieprzonego nigdzie w cholernych górach. Rzuciła na mnie jedno spojrzenie, kiedy otworzyła drzwi, wiedziała dokładnie, kim jestem i suka odwróciła się. Zachowywała się, jakbym właśnie wrócił do domu z wojny. Nie chciała do ciebie dzwonić, chciała, żebym był niespodzianką. Nawet zmusiła mnie do wyjścia i przeniesienia samochodu, żebyś nie widział go, kiedy wrócisz do domu.”

Bez niespodzianki. To była Lexie.

Julius kontynuował - „Spędziłem z nią dwie godziny pijąc piwo i słuchając o całym gównie, które robisz. Sprawiła, że brzmiało to tak, jakbyś wracał do domu z siłowni, latając w powietrzu.”

To też nie było niespodzianką. To była też Lexie. Ale to nie znaczyło, że słuchanie tego od Juliusa nie było naprawdę przyjemne.

Juliusz przyjrzał mu się. Potem zapytał cicho - „Dla ciebie to jest prawdziwe?”

„Rozejrzyj się, Champ, wszystko, co widzisz, jest trwałe. O ile bardziej realne może być?”

Julius ponownie mu się przyjrzał. Potem potrząsnął głową.

Potem mruknął - „Jezu, bracie”, spojrzał na widok i przełknął ślinę, zanim powtórzył szeptem - „Jezu”.

To też nie była niespodzianka. Jego przyjaciel poczuł ulgę, był tym przytłoczony. Julius się martwił. Ze stanem umysłu Walkera w dniu, w którym opuścił więzienie, każdy, kto by się nim przejmował, byłby zmartwiony. Julius wyszedł do trzech kobiet, dwójki dzieci i dużej rodziny, która cała przejmowała się, robiła to zanim upadł i trzymała się go, gdy odsiadywał swoje.

Walker został zakuty w łańcuchy za przestępstwo, którego nie popełnił i nie wyszedł z tego wolny i wyszedł myśląc o zemście.

„Jestem w porządku, Champ” - powiedział cicho Walker i spojrzał na przyjaciela.

„Wpuściłeś ją?”

Walker skinął głową.

„Jak daleko?” - Julius kontynuował.

„Jest w środku” - odparł Walker.

„Jak daleko?” - Julius pchnął.

„Jest w środku” - powtórzył.

„Jak daleko?” - Julius też powtórzył.

Walker się nie odzywał.

„Wiesz, o co pytam, Walk” - powiedział mu Julius, a on wiedział.

„Jej życie też nie było bajką. Spędziłeś z nią czas, ale jakbym ci powiedział, byłbyś zszokowany tym, przez co ona przeszła. Oboje mamy swoje demony. Podzieliliśmy się wzajemnie ze sobą.”

„Jeśli ta kobieta spojrzy na ciebie, bracie, będzie wiedziała, że potrafisz walczyć z jej demonami. Dajesz jej możliwość zrobienia tego samego dla ciebie?”

Kurwa. Nie znowu to gówno.

„Nie minęły dwa miesiące” - uchylił się.

„Ty, spośród wszystkich braci, wiesz, że nie ma takiego pieprzonego czasu jak teraźniejszość.”

To była prawda, ale skończył, więc się podzielił, ponieważ, jak wiedział, jeśli tego nie zrobi, Julius nie odpuści.

„Jest w środku” - powiedział cicho - „Wie, co mi zrobiono. Czekała na mnie pod więzieniem i zaczęliśmy umowę. Miała w życiu kiepskie gówno, była pod władzą kawałka gówna. Umowa była, że ja wyciągam ją z tego, a ona daje mi to, czego potrzebuję. Tydzień później dałem jej to wszystko i dałem jej wybór, by wyszła za drzwi. Nie wzięła go. Zaproponowała chronić moje plecy. Jej decyzja. Trzydzieści tysięcy w diamentach, pięćdziesiąt tysięcy w gotówce, które proponowałem jej za czas spędzony ze mną, a ten czas trwał nieco ponad tydzień. Nie wzięła tej szansy. Została, a następnie zawarła nową umowę. Z jej pięćdziesięciu koła kupuje meble, resztę ofiaruje na cele charytatywne. Czy to ci wystarczy?”

Julius natychmiast się uśmiechnął.

Potem odpowiedział - „Tak”.

„Podekscytowany, Champ” - mruknął Walker, spoglądając na widok i nagle potrzebując piwa.

Juliusz zachichotał.

Potem znów się odezwał i Walker spojrzał na niego - „Teraz wprowadzenie.”

„Miałem tylko tyle szczęścia” - odpowiedział Walker, mówiąc wszystko w czterech słowach, Julius zrozumiał to i skinął głową.

„Twój brat cię przeleciał” - odgadł dokładnie, znając cały plan Walkera, wiedząc, że jego pierwszym ruchem był Dewey, bo wszystko o nim słyszał.

„Właśnie dowiedziałem się dziś wieczorem” - potwierdził Walker.

„Nie niespodziewane” - mruknął Julius, odwracając głowę ku widokowi.

„Wciąż cholernie frustrujące” - odpowiedział Walker, również patrząc na widok, ale przesuwając się do niego, pochylając się i opierając się na skrzyżowanych przedramionach na balustradzie.

„Wiesz, nie mam kontaktów w Kolorado” - stwierdził Julius, również zmieniając pozycję i przyjmując pozycję Walkera przy balustradzie - „To nie znaczy, że nie rozpytywałem się, kiedy wyszedłem.”

„Włączysz się?” - zapytał cicho Walker.

„Kurwa, tak.”

„Mobilizujesz?”

„Dlaczego myślisz, że tu jestem?” - zapytał Julius - „Nie miałem pojęcia, że ładna buźka dotrzyma mi towarzystwa i na pewno nie ciągnąłem mojego tyłka przez trzy stany, żeby zobaczyć twoją twarz.”

To były ściemy; tyle tego, że Walker musiał zwalczyć uśmiech.

Potem skinął głową.

Potem zapytał - „Jak długo zostajesz?”

„Wystarczająco długo, żeby nawiązać kontakt i zawrócić do domu tyłek, zanim mój kurator sądowy dowie się, że jestem w Kolorado.”

Walker ponownie skinął głową i szepnął - „Wdzięczny, człowieku. Dewey wypieprzył mnie, potrzebuję nowej drogi.”

„Cóż, masz to.”

Walker wciągnął powietrze i wstrzymał oddech. Potem odpuścił. Nic nie powiedział, a Julius nie spodziewał się, że coś powie. Julius nie robił niczego, czego Walker nie zrobiłby dla Juliusa, gdyby tego potrzebował. A właśnie tego Walker potrzebował.

Nie oznaczało to jednak, że nie był wdzięczny. Po prostu nie musiał tego mówić.

Juliusz wiedział.

Czas mijał, gdy przyglądali się krajobrazowi.

Następnie Walker zauważył - „Dzisiaj wieczorem miałem interesujący postęp.”

„Tak?”

Podniósł się i odwrócił, oparłszy biodro o balustradę, prześlizgując wzrokiem w głąb domu. Lexie szła na tylny taras, niosąc talerze, na których leżały sztućce. Byli blisko kolacji.

Mówił więc cicho i szybko. Gdy Julius słuchał, patrząc na widok, z przedramionami na poręczy, opowiadał przyjacielowi o detektywie Angelu Peña.

Kiedy skończył, spojrzał z powrotem do domu i zobaczył Lexie napełniającą talerze. Styl rodzinny. Największe wydarzenie, jakie mogła przygotować bez czasu na przygotowania. Żadna z tych spraw nie obejmowała mężczyzn napełniających talerze garnkami i patelniami. Zamierzała usiąść i spędzić trochę czasu, mówiąc Juliusowi, najlepiej jak potrafiła, że jest mile widzianym towarzystwem, a jego wizyta jest wydarzeniem, które trzeba uczcić.

Czysta Lexie.

Walker spojrzał na swojego pochylonego przyjaciela, zauważając, że cisza trwała długo.

Potem Julius ją zakończył - „To interesujący postęp.”

„Tak.”

„Ufasz temu facetowi?” - zapytał Julius.

„Znam go dziesięć minut, wiem, że chce włożyć rękę w majtki mojej żony i to chce bardzo. Te dwie rzeczy nie sprzyjają temu, żebym mu ufał” - przerwał, a potem kontynuował - „Wciąż ufam.”

„Inna droga.” - mruknął Julius - „Nazwisko czyste. Zadośćuczynienie.”

„Mam to w dupie.”

Julius odwrócił głowę i spojrzał na Walkera - „Nie powinieneś.”

„Nie przywróci mi pięciu lat.”

„Nie” - zgodził się Julius - „Ale prawdziwe, które masz, jest solidne i biegnie do ciebie praktycznie w chwili, gdy wracasz do domu, wciska się blisko, mimo że wciąż jesteś mokry od potu z siłowni, jakby nawet nie zauważyła. Twoje imię będzie czyste, zadośćuczynienie będzie prezentem dla niej. Oddaj trochę tego, co ona ci daje.”

„Nie zrobiła pięciu lat” - odpowiedział Walker.

„Nie” - ponownie zgodził się Julius i spojrzał z powrotem na widok.

„Ona jest ze mną w tej sprawie, bracie” - stwierdził cicho Walker.

„Ja też” - odpowiedział równie cicho Julius - „Cokolwiek robisz, jestem z tobą. Nie chcesz siedzieć wygodnie i mieć nadzieję, że ten brązowy chłopak z Teksasu zrobi dla ciebie kolejny cud, nie obwiniam cię. Po prostu mówię.”

„Słyszę cię” - szepnął Walker.

Właśnie powiedział ostatnie słowo, kiedy usłyszeli - „W porządku chłopcy, zupa jest” - i obaj odwrócili się, by zobaczyć Lexie stojącą w otwartych drzwiach –- „Dajcie mi zamówienia na drinki i idźcie na tylny taras. Nalałam, czeka.”

Walker odsunął się od balustrady, czując, że Julius idzie za nim.

„Piwo, kotku” - powiedział, podchodząc do niej.

Skinęła głową, uśmiechając się do niego, po czym jej oczy przesunęły się poza niego na Juliusa - „Potrzebujesz świeżego?”

„Tak, kobieto” - odparł Julius.

Uśmiechnęła się do niego, odwróciła się i uniosła twarz, gdy Walker się zbliżył, więc dał jej to, o co nie prosiła werbalnie, ale wiedział, że chce - pochylił się i ustami dotknął jej ust.

Potem przeniósł się za nią do domu.

Julius poszedł za nim.

Kiedy wszedł do kuchni, obejrzał się i zobaczył, że wraca do domu po zabraniu jego kubka i pustej butelki Juliusa.

Kiedy patrzył na to, słowa Juliusa uderzyły w jego mózg.

Oddaj trochę tego, co ona ci daje.

Kurwa.

Odłożył to na bok i wyszedł na tylny taras, aby zobaczyć, że rozłożyła podkładki, serwetki, talerze, sztućce i zapaliła małe, przysadziste świeczki wokół podstawy parasola. Niektóre z nich to ostatnie dodatki, które kupiła, gdy była ze swoimi dziewczynami, aby zrobić ładniejszy stół.

Było też jedzenie: smażony kotlet schabowy, puree ziemniaczane, sos, zielenina i bułki.

Święto dla Juliusa, najlepsze, co mogła zrobić bez uprzedzenia i, oczywiście, nadal było naprawdę cholernie dobre.

Oddaj trochę tego, co ona ci daje.

Kurwa.

Znowu odłożył to na bok i usiadł, Julius usiadł naprzeciwko, a Lexie wyszła z trzema piwami, ogłaszając - „Szarlotka i lody po kolacji. Jest z zamrożonej, ale dobra” - Jej oczy skierowały się na Walkera i obdarzyła go uśmiechem - „Na szczęście wcześniej poszłam do sklepu w drodze do domu z salonu, zanim Julius się pokazał.” - Usiadła między nimi, a jej oczy powędrowały do Juliusz - „Mój mężczyzna mnóstwo ćwiczy, ale lubi słodycze. Nie mogę utrzymać zapasów.”

„Nie był wielkim fanem deserów w środku” - powiedział jej żartobliwie Julius, ale natychmiast zobaczył swój błąd, gdy cień przemknął po twarzy Lexie. Dlatego natychmiast wymamrotał - „Przepraszam, laleczko.”

Przepchnęła się przez to, oświadczając - „Dlatego trzymam zapasy.”

Julius przyglądał się jej przez chwilę, zanim się uśmiechnął.

Walker pozwolił mu odwzajemnić uśmiech, zanim wyciągnął rękę, złapał żonę za szyję i przyciągnął ją do siebie. Odwróciła głowę, gdy ją poruszył, a on złapał jej usta w samą porę. Bez dotyku, chciał posmakować i w chwili, gdy zaczął otwierać usta, poczuła to, otworzyła swoje i dała mu to. Dotknął koniuszkiem języka jej języka i ją puścił.

Jej uśmiech dla niego był o wiele lepszy.

Potem chwycił półmisek kotletów wieprzowych i podał go bratu.

*****

Walker zsunął rękę z biodra żony, przez jej tyłek, wzdłuż kręgosłupa na środek jej pleców i nacisnął tam. Nie musiał mocno naciskać, natychmiast dała mu to, czego chciał, jej plecy wygięły się w łuk, jej ramiona rozsunęły się. Stanął za nią, jej tors wciśnięty był w łóżko, a jej tyłek przechylił się wyżej w kierunku sufitu, umożliwiając mu głębszy dostęp.

Tak, oferowała swoją cipkę w dowolny sposób, nawet bez protestu.

Lexie klęczała, jej kolana były na skraju łóżka. Stał obok niego, wbijając się w nią w szorstki, twardy, prawie brutalny sposób. Nie miał tego od dwóch tygodni, brał to, a ona była przed nim, jego kocica. Była tak cholernie mokra, że przemoczona, taka ciasna, taka słodka, kochająca każdą sekundę tego.

Wiedział, że to prawda, kiedy słodkie, seksowne dźwięki, które wydawała, zmieniły się z przyjemności w desperację. Była blisko, prawie na szczycie.

Wysunął się i natychmiast jej głowa odleciała do tyłu, jednocześnie skręcając szyję.

„Nie przestawaj, kochanie” - szepnęła z tą samą desperacją w głosie.

Pochylił się do przodu, jego ręka w jej plecach prześlizgnęła się wokół jej żeber do przodu, podciągnął ją i obrócił twarzą do siebie, jego ramię wokół jej pleców teraz opadało na jej tyłek. Podniósł ją, a jej ręce otoczyły jego ramiona, jej głowa opadła, jej usta znalazły jego, jej język wsunął się do środka.

Położył kolano na łóżku, jej nogi okrążyły jego biodra, wsunął drugie kolano i, kiedy już był w środku, upadł do przodu, kładąc ją na plecy. Potem, kiedy ich usta były wciąż połączone, języki splątane, wskoczył z powrotem do środka.

Stracił jej usta, gdy jej szyja wygięła się w łuk.

Kurwa, ale jego żona lubiła jego kutasa.

Oparł się na przedramieniu w łóżku, przechylił się lekko na bok i pchnął głęboko i mocno, nie odrywając od niej oczu, a drugą rękę przesuwając w górę jej ciała, by owinąć się wokół jej szyi. Wyprostowała głowę, a jej oczy odnalazły jego.

Żadnych słów. Nie lubił ich, gdy miał swojego kutasa zakopanego głęboko w mokrej cipce, a ona nie potrzebowała ich. Podczas seksu, czy nie, jej oczy mówiły za nią.

I podobało mu się to, co mówiły.

Więc jego palce delikatnie wbiły się w jej szyję, gdy przechylił biodra i wrócił do środka, znajdując jej słodki punkt, dając jej to, a ona to wzięła. Jej plecy wygięły się w łuk, jej ramię za jego plecami wyginało się, jej nogi krążyły wokół jego bioder napinając się, jej druga ręka leciała do jego nadgarstka na jej szyi i trzymała się mocno, najpierw sapnęła, głęboko, słyszalnie, potem rozległ się głośny jęk, a potem skowyt.

Upadł do niej, dał jej swój ciężar i chwycił ją za biodra, szarpiąc ją na swoim kutasie, gdy podjechał do niej, prawie dziki. Był ciężki, wiedział o tym, czuł i słyszał, jak jej oddech pozostaje ciężki i to nie tylko od seksu. Ale ona mu to dała, robiła to już wcześniej, wstrzymywała oddech, aż mdlała, brała jego kutasa bez względu na to, jak mocno jej to dawał, trzymała go mocno, tak jak wtedy, wszystko po to, żeby mu powiedzieć, że może mieć to, czego chce, tak jak tego chce.

Ale nigdy tego nie robił, chyba że był blisko.

A był blisko.

Potem był tam, taranując tak mocno i głęboko, że krzyknęła, wsadził się do korzenia i doszedł.

Gdy tylko mógł, podparł się, by jej nie obciążać, ale pozostał zakorzeniony i przykrywał ją.

Dał sobie minutę, zanim podniósł głowę, by na nią spojrzeć. Kiedy to zrobił, jedna z jej rąk odsunęła się od jego ramion, by mogła objąć jego policzek, jej dłoń przesunęła się, kciuk przesuwał się po bliźnie na jego brwi i w dół do mniejszej pod okiem. To też robiła często, odkąd wyszeptał jej pewnej nocy w ciemności, że jego matka dała mu tę bliznę, rzucając w niego szklanką, gdy miał dziewięć lat, szklanką, którą zostawił w salonie, co było czymś, czego nie lubiła i szkło pękło na jego twarzy. Cud, że nie wyrządziło gorszych szkód, powiedział jej. Nie zgodziła się. Nie widziała żadnego cudu w tej bliźnie i dotknęła jej, jakby mogła sprawić, by zniknęła. A, kiedy jej kciuk poruszył się i nie zniknęła, widmo rozczarowania, że ​​nie udało jej się wymazać fizycznej manifestacji tego wspomnienia przesłoniło jej twarz, zanim zdołała to zwalczyć.

Patrzył, jak widmo prześlizguje się i znika.

Oddaj trochę tego, co ona ci daje.

Leżała dla niego na plecach w ich łóżku. Niewiele mniej nieprzyjemne było, że to Julius był w sypialni na piętrze schodach, a nie Ella, ale powiedział jej, że skończył z seksem w łazience, a ona więcej nie protestowała. Chociaż obiecał jej, że poprosił Juliusa, aby upewnił się, że zamknął drzwi, nie mógł mieć pewności, czy Julius się zastosował. Nadal mu to dawała, tak jak tego chciał.

Oddaj trochę tego, co ona ci daje.

Kurwa.

Powinien jej opowiedzieć o Peñie, otworzyć przed nią tę opcję, omówić ich przyszłość i sposób jej rozegrania. Wiedział o tym. Leżąc na niej, wciąż w niej, z jej ręką wciąż na jego twarzy, jej słodkimi oczami patrzącymi na niego w świetle księżyca, wiedział o tym.

Ale nie zamierzał.

Zamiast tego wyszeptał - „Mocno brałaś mojego fiuta, maleńka, zraniłem cię?”

Jej usta uniosły się na końcach i potrząsnęła głową.

Tak, to ją rajcowało.

Uśmiechnął się do niej.

„Tęskniłam za naszym łóżkiem” - odszepnęła.

Wiedział o tym, była kreatywna, na tyle kreatywna, że wiedział, że przechowywała to gówno, zbudowało się tak wysoko, że nie mogła tego powstrzymać i uwolniła to wszystko na raz. To dlatego dał jej to tak mocno, bo poświęciła trochę czasu i wysiłku, by go podkręcić.

„Tak” - odpowiedział.

Jej ręka opuściła jego twarz, więc jej ramię mogło okrążyć jego ramiona, a obie ręce ścisnęły go.

„Lubię Juliusa” - mruknęła.

„Dobrze” - mruknął w odpowiedzi.

Jej oczy złagodniały i robiły to często, ale nie w ten sposób. To było nowe. I to osadziło się w sposób, w jaki czuł to wcześniej. Doniosły, ale nie ciężki.

Ciepły. Pożądany. Głęboko osadzony.

„O czym myślisz, mama?”

„Że lubię, kiedy mówisz do mnie „mama” - skłamała natychmiast.

Potrząsnął głową.

„Właśnie tak cię nazwałem, Lex, więc nie myślałaś o tym” - odpowiedział cicho.

Wciągnęła powietrze. Potem, zawsze stawiając się tam dla niego, nawet na samym początku, nie zrobiła teraz nic innego i powiedziała - „Żyłam w cieniu w taki czy inny sposób przez całe moje życie. Teraz jest jasno. Nawet w nocy. Nie przywykłam do tego i czasami mnie to uderza. Właśnie o tym myślałam.”

Znowu się to pojawiło. To osadzanie, pożądany, ciepło i głęboko.

Pochylił głowę i krótko dotknął jej czołem, po czym uniósł ją i wyciągnął się.

„Umyj się, maleńka” - mruknął i zsunął się z niej.

Potoczyła się z niego, na chwilę wtuliła twarz w jego szyję, pocałowała go tam, a potem zsunęła się z łóżka.

Ułożył się w nim.

Załatwiła swoje sprawy w łazience, wyszła i dołączyła do niego. Choć tym razem pieprzyli się bez włączonych świateł, ale światło księżyca wciąż świeciło przez okna. Wciąż nie widział, że weszła do łóżka bez łapania majtek i wciągania ich, ale usłyszał to.

Oznaczało to, że uśmiechał się do sufitu, gdy przesunęła się po łóżku i owinęła wokół niego.

Jego kocica jeszcze nie skończyła.

Minęły chwile, a on na to czekał.

Dała mu to.

„Słonko?” - wezwała.

„Tak.”

Jej ramię wokół jego brzucha ścisnęło go - „Jesteś zmęczony?”

„Mama, właśnie mocno cię zerżnąłem.”

Jej ciało opadło na jego bok i wyszeptała - „Och”.

Znowu uśmiechnął się do sufitu.

Potem powiedział - „Aczkolwiek nie potrzeba dużo energii, żeby cię zjeść.”

Poruszyła się niespokojnie przy nim.

Lubiła to. Chciała tego. Pieprzona kocica.

Walker odwrócił się do niej i znalazł jej usta w ciemności. Nie było trudno znaleźć, skoro odchyliła głowę do tyłu, by mu je zaoferować.

Nie pocałował jej. Mówił - „Na plecy, Lexie, i rozłóż się dla mnie.”

„Dobrze” - szepnęła przy jego ustach.

Potem ułożyła się na plecach i rozłożyła się dla niego.

Potem Walker zjadł swoją żonę, a potem znów ją przeleciał.

Kiedy skończyli, wróciła do łóżka z łazienki i znowu nie podciągnęła majtek, zanim to zrobiła, ale tym razem nie dlatego, że chciała kolejną rundę. Tym razem, ponieważ była nieprzytomna w chwili, gdy jej policzek dotknął jego ramienia.

Pięć minut później przeturlała się, on przetoczył się razem z nią i odleciał w chwili, gdy jej ciało ułożyło się w jego krzywiznę.

I od tego, jak zostawiła go, by pójść do łazienki, do zasypiania, Walker ani razu nie pomyślał o kratach, zapachach czy atmosferze zakładu. Całe to gówno zniknęło w taki sposób, że nawet tego nie zauważył.

A szkoda, że tego nie zauważył, bo gdyby to zrobił, zorientowałby się, że Lexie to też mu dała.

A gdyby zdał sobie z tego sprawę, następnego dnia nie zrobiłby tego, co zrobił.

 

4 komentarze: